
Reż. Adrián García Bogliano
IMDB rating: 5.6/10
O hiszpańskim reżyserze Adriánie Garcii Bogliano fani kina grozy usłyszeli w 2004 roku. Z nieznanych mi bliżej przyczyn jego obraz o nazwie Habitaciones para turistas (Rooms for Tourists) został szybko okrzyknięty argentyńską perełką (twórca jest ściśle związany z tym krajem i kręci tam wszystkie swoje produkcje) i doczekał się dystrybucji na cały świat. Zaowocowało to niezwykle pochlebnymi recenzjami na łamach wielu czasopism z kręgu horroru oraz wyniesieniem talentu twórcy na piedestał. Można polemizować, jakim cudem ta skrajnie amatorska produkcja zyskała taką sympatię. Faktem jest jednak, że reżyser postanowił pójść za ciosem i poświęcił się całkowicie tworzeniu kolejnych obrazów utrzymanych w podobnym klimacie. Tym razem zaprezentuję państwu jego film z 2008 roku, o wielce wymownym tytule: I'll Never Die Alone.
No moriré sola (I'll Never Die Alone) opowiada nam o losach czwórki młodych, nastoletnich (?) dziewcząt podróżujących autem poprzez terytorium Argentyny. Ich podróż upływa na wspólnych rozmowach o szkole, miłości, marzeniach, jakie mają się szansę ziścić w niedalekiej przyszłości. Ta sielankowa atmosfera zostaje gwałtownie zakłócona, kiedy ich oczom ukazuje się ciężko ranna kobieta leżąca na poboczu drogi. Ten niecodzienny widok jest niezwykle szokujący, ale jeszcze bardziej zaskakujące jest to, że oto w oddali znajduje się trzech mężczyzn, którzy nie zwracają najmniejszej uwagi na dogorywającą kobietę. Dziewczyny przeczuwają kto jest sprawcą jej brutalnego okaleczenia, ale podejmują wyzwanie licząc, że może uda im się uratować jej życie. W drodze do szpitala kobieta umiera, a nastolatki obierają kurs na najbliższy posterunek policji. W momencie, kiedy składają swoje zeznania, pod budynek podjeżdża samochód, w którym znajdują się ci sami trzej mężczyźni, których dziewczyny widziały uprzednio na miejscu zbrodni. Zaczyna się walka o życie, w której to niewinne dziewczyny stoją na przegranej pozycji...
W przypadku niektórych filmów powiedzenie "ma potencjał" nabiera całkiem innego wymiaru. No moriré sola jest typem produkcji, która mogłaby się stać dziełem, o którym fani kina grozy opowiadaliby latami. Mogła... ale Adrián García Bogliano popełnił tyle błędów, że aż nie przystają one profesjonalnemu reżyserowi, a za takiego zwykł się on uważać. Zacznijmy wpierw od tego, że twórca nie najlepiej radzi sobie z obsługą kamery. Wiele ujęć jest ustawionych pod złym kątem, jeszcze inne są przedłużone w czasie tak bardzo, że można odczuć, iż operator się zdrzemnął. Niewiele lepiej spisali się dźwiękowcy oraz osoby odpowiedzialne za oświetlenie na planie filmowym. Jakby tego było mało, produkcja trafiła na stół montażowy, a tam po raz kolejny trafił się ktoś, kto nie bardzo zna się na swojej pracy. Skoro oberwało się już większości osób, którzy pracowali nad tym filmem, to z przyjemnością uciąłbym sobie pogawędkę z człowiekiem tworzącym ścieżkę dźwiękową. Podłożenie zaś utworów w stylu techno (proszę mi wybaczyć, nie znam się na muzyce klubowej) pod sceny gwałtów to pomysł godny Złotej Maliny.
Kolejnymi problemami tej produkcji są okrojona fabuła, liczne błędy logiczne, fatalnie rozrysowane postacie i nieudolne aktorstwo. O ile jestem w stanie zrozumieć, że aktorzy, będący w znacznej mierze debiutantami, nie do końca potrafili wczuć się w swoje role, tak nijak nie rozumiem scenarzysty, który najwyraźniej zapomniał o dialogach. Trudno mi też racjonalnie wytłumaczyć, jak scena, w której widzimy kobiety patrzące na uciekającego w stronę drzew mężczyznę po sekundzie zamienia się w widok mężczyzny na jakiejś polanie. Mamy do czynienia z teleportacją, czy też reżyser uważa, że widzowie są po prostu zbyt ślepi i tępi, aby ogarnąć jego wizję?
Jak przystało na film z nurtu rape & revenge mamy tutaj do czynienia także z potężną dawką brutalności. Byłaby ona jeszcze większa i bardziej uzasadniona, gdybyśmy cokolwiek wiedzieli zarówno o prześladowcach jak i ofiarach, a ponadto nie musielibyśmy słuchać płaczu kobiet zmieszanego z dyskotekową muzyką.
No moriré sola miał wszelkie predyspozycje ku temu, aby stać się jednym z najbardziej znaczących filmów swojego nurtu. Wystarczyło jedynie, żeby zamiast Bogliano pieczę nad nim sprawował jakiś reżyser, który ma nieco więcej pojęcia jak tworzy się profesjonalne obrazy. Habitaciones para turistas miał to szczęście, że należał do kategorii filmów czarno-białych i wiele wpadek na planie udało się zręcznie ukryć przez oczami widzów. No moriré sola został obdarty z tych szat i fani grozy mogli się w pełni przekonać jak długa droga czeka jeszcze Bogliano, żeby stał się reżyser w pełnym tego słowa znaczeniu.
Ps. Ciekaw jestem, gdzie się podziali ci wszyscy, którzy wychwalali Rooms for Tourists pod niebiosa. Jakoś nie widzę tych głosów zachwytu nad 36 pasos i No moriré sola. A może kilka osób zrozumiało, że sam fakt, że produkcja pochodzi z odległego kraju nie oznacza wcale, że musi być ona wyjątkowa. Tym bardziej, jeśli reżyser stawia za wzór Olafa Ittenbacha, który wsławił się kręceniem niskobudżetowego gore.





